poniedziałek, 27 lutego 2012

Staż Z. Molika - odczucia Angeli Ottone

23 lutego - zamieściłam notatkę o uczestniczce wrocławskiego stażu - w grudniu 1993. Obiecałam wówczas zamieścić Jej spojrzenie na pracę z Zygmuntem Molikiem, pozostaje spełnić obietnicę.
                        Na zdjęciu Autorka - L'uomo Caravaggio,  5 luty 2011

Testo  originale di:  Angela Ottone,    
Traduzione dall’ Italiano di:  Elżbieta Wolak

Warsztaty aktorskie Zygmunta Molika. Wrocław 14 - 19 grudnia 1993 r.
    
     Jest popołudnie i nawet nie jest tak zimno w tym Wrocławiu, tonącym w przedświątecznej atmosferze zbliżającego się Bożego Narodzenia.
     Kieruję się w stronę Rynku, przechodząc obok ulicznych handlarzy i ich straganów, na które nie zwracam uwagi, lecz których kolorowe smugi towarzyszą moim spokojnym krokom. Zostawiam za sobą psa, skulonego w kącie między tekturowymi kartonami i resztkami jedzenia. On tam leży prawie bez ruchu, tak jakby pilnował schodów i przechodzących  po nich ludzi, którzy zwalniają krok żeby na niego przez chwilę popatrzeć - o co pies jednak zdaje się całkiem nie dbać.
    Od zaułku oddziela mnie jeszcze parę kroków, przechodzę pod arkadami i plakaty ‘Centrum’ po mojej prawej stronie uświadamiają mi, że już jestem na miejscu. Z lewej strony otwiera się ulegle, pomalowana na brązowo brama, wnętrze także jest brązowe, z wyjątkiem fragmentu pod schodami utrzymanego w kolorze jasnożółtym. Zastanawiam się, kto i kiedy zdecydował, żeby w ten sposób wymalować klatkę schodową. (W tym kraju nawet już nie pytam: dlaczego? - „tylko takimi farbami dysponowaliśmy” - słyszałam często w podobnych okolicznościach).
    Głosy dochodzące z wyższych pięter upewniają mnie, że są już inne osoby oczekujące na początek pracy. Wchodzę na ostatnie piętro. Tu mój wzrok szybuje ponad dachami. Sala, w której się przebieramy, jest zimna i te pierwsze chwile są krępujące po trosze dla wszystkich, mimo, że - jak to się często zdarza w trakcie takich roboczych spotkań - większość twarzy należy do ludzi poznanych już wcześniej, w innych miastach, teatrach, salach, w trakcie innych warsztatów.
    O godz. 14-tej jestem w sali na I piętrze. Na szczęście tutaj jest cieplej! Okna są zamknięte, mury ciemne, a dokładnie - czarne, z wyjątkiem tej pięknej ściany z czerwonej cegły. Zawsze lubiłam  ścianę.
    Z ulicy dochodzi szmer (hałasu) i słychać głosy tych, którzy nie będą tu z nami pracować.  W sali nasza grupa wciąż się powiększa. Ostatecznie będzie nas 15, 16 lub więcej osób. Nigdy nie zatroszczyłam się, żeby wszystkich policzyć.
    O godz. 14.30 przybywa  on: punktualny, wolnym krokiem, mniej korpulentny niż to sobie wyobraziłam. Wygląd zewnętrzny Zygmunta Molika jest dla mnie prawdziwą niespodzianką. Wyobrażałam go sobie zawsze (jako imponującego/okazałego mężczyznę), tymczasem jego dżinsy kryją nogi - jak się można domyślać - silne, lecz nie obfitujące w muskuły. Jego tors, odziany w koszulę koloru butelkowej zieleni, daje pewne poczucie bezpieczeństwa, lecz poważna twarz budzi we mnie nieśmiałość (i zakłopotanie). Wiek Molika zdradza wyraźna łysina i lekko zaokrąglony brzuch, który na szczęście czyni go mniej legendarnym, a bardziej ludzkim.
    Jaskrawo czerwone, grube skarpety ściszają rytm jego kroków, gdy przechadza się po sali oczekując na przybycie reszty uczestników. Dziwne, ale nie upomniał spóźnionych ani jednym słowem!
    Otrzymawszy w końcu odpowiedź twierdzącą na swe pytanie: - czy już wszyscy jesteśmy? - podszedł do okna (tego które wychodzi na zaułek), otwiera je i wygląda przez chwilę na zewnątrz. Potem obraca się i zachęca nas, abyśmy zrobili to samo: - spójrzcie przez chwilę na niebo, popatrzcie na nie.
    Ta nasza cicha procesja, aby spojrzeć na niebo - które wyglądało, jak gdyby chciało objąć swą stonowaną szarością puste dachy wychylające się na zaułek - jest naszym pierwszym ćwiczeniem. Zrozumiałam to jednak później. Molik zamyka w końcu okno, prosi abyśmy utworzyli krąg i pokazuje nam pozycję, która w następnych dniach okaże się podstawą, punktem wyjścia i dojścia każdego ćwiczenia wykonywanego w postawie stojącej.
    Chodzi o pozycję równowagi, otrzymaną przez przesunięcie punktu ciężkości ciała na jedną nogę (np. lewą), podczas gdy druga noga jest trochę cofnięta i oparta na podłodze, z lekkim naciskiem na przedstopie. Ciężar ciała jest więc utrzymywany przez nogę wysuniętą. Trzeba jednak bardzo uważać, żeby nie „usiąść” na biodrze. Aby to się udało, pośladki nie mogą być rozluźnione, a na poziomie bioder i pasa powinno być wyczuwalne lekkie napięcie, spowodowane kontrastem dwóch sił: jednej, która naciska w dół idąc ‘wektorem’ nogi i drugiej, która prze do góry po linii bocznej tułowia, aż do karku i głowy.
Przedstawiając to w sposób bardziej poetycki możnaby rzec, że ta pozycja pomaga w poszukiwaniu punktu zetknięcia się nieba (dokąd podąża głowa) z ziemią (na którą nasze stopy pragną zawsze wrócić).
    Molik daje nam chwilę, abyśmy znaleźli właściwą pozycję, po czym pokazuje nam lekkie krążenie miednicą, któremu w fazie ruchu do tyłu towarzyszy  w d e c h, natomiast w fazie powrotu do przodu -  w y d e c h (później faza wydechu stanie się fazą emisji głosu: najpierw wdech, później słowo).  Molik każe każdemu z nas, aby powtórzył ten ruch, wymawiając własne imię. Górna część klatki piersiowej jest ‘otwarta’, to znaczy przesuwa się jednocześnie do góry i do przodu. Daje to wrażenie, że mostek chciałby być lustrem dla tego nieba w odcieniach szarości, które tam, poza czarnymi, zamkniętymi oknami sali ćwiczeń wciąż oczekuje na nasze nowe spojrzenie.

Przytaczałam tu z mojego zeszytu pt. „Doświadczenia- brulion” to, co było początkiem sześciodniowej pracy w tym samym miejscu, o tej samej porze, ze stałą przerwą o godz. 16-tej (abyśmy mogli się pokrzepić herbatą, którą ktoś dla nas przygotowywał na parterze).
    Nie wydaje mi się właściwe opisywanie tu wszystkich ćwiczeń, jakie nam pokazano w trakcie warsztatów, bowiem jeśli nawet jest prawdą, że była to praca czysto fizyczna i zmysłowa, to jednak Molik nigdy nie uczynił jej jedynie gimnastycznym powtarzaniem lub wyczynem.
„Nauczyć się” to nie znaczy „wykonywać ćwiczenia” - powie Molik trzeciego dnia pracy, i rzeczywiście te ćwiczenia - zawsze tak precyzyjne, że można by  je sprowadzić do gimnastycznych schematów - stawały się, dzięki jego słowom DIALOGIEM, BAŚNIĄ (używam wielkich liter, aby podkreślić wagę tych słów!). Ściana nie jest już ścianą - lecz moim partnerem, partnerem - przestrzenią, z którym chcę rozmawiać, używając na przykład moich bioder. Te z kolei wykonują kilka zwykłych okrążeń nie po to, by ćwiczyć mięśnie grzbietowe i brzuszne, lecz aby uciec od nierozerwalnej więzi, która je łączy z kręgosłupem - i opowiedzieć (być może!) historię mojej ucieczki. Byłoby, w każdym razie poważnym błędem przypuszczenie, że z powodu tego nie gimnastycznego ustawienia zarzucona zostaje precyzja - wręcz przeciwnie. Poszukuje jej się z największym zapałem, z najwyższą gorliwością, ponieważ tylko poprzez precyzję „dialog” z przestrzenią i dźwiękiem znajduje właściwy wymiar i przyczynę istnienia. 
Z mojego „Brulionu” - dn. 15.XII.’93: „Waszym partnerem jest przestrzeń - mówi Molik - nie możecie działać, jeśli nie odniesiecie się do kogoś. Nawiązanie kontaktu w drugim człowiekiem jest sensem życia. Impuls fizyczny, dźwięk, gest czy słowo - muszą być skierowane do kogoś. „Alfabet” - tego terminu używa Molik pokazując nam ćwiczenia i zupełnie tak samo, jak litery alfabetu, wszystkie ruchy zostają połączone i zmodyfikowane - aby sformować sylaby, słowa, zdania - aż do osiągnięcia subtelności i wykwintności poezji.
    Molik demonstrował po jednym ćwiczeniu, a następnie pozwalał nam improwizować przy użyciu świeżo poznanego alfabetu. Każde ćwiczenie miało swą duszę, historię i dlatego Molik nigdy nie opisywał nam np. plie - z wyprostowaną klatką piersiową i lekko zgiętymi w łokciach rękami, opuszczonymi przed sobą prostopadle do podłogi - lecz mówił: „To tak jakbym się opuszczał w ciemności, aby dosięgnąć i dotknąć rękami tego, co się znajduje przede mną, na dole. Nie wiem co to jest: woda, ogień, ziemia? To materia nieznana, dlatego obniżam się niespiesznie, a ręce podążają za tym ruchem... bardzo powoli. Nie patrzę w dół, to nic nie da, jest tak ciemno, że nie mógłbym nic zobaczyć. Muszę to tylko poczuć, delikatnie dotknąć”.
    Nigdy nie pokazywał czym i jak powinniśmy poruszać podczas długich improwizacji (nawet bez zegarka na ręku wiedziałam, że niektóre z nich trwały około godziny; trochę krócej lub dłużej). Interweniował tylko, by poprawić oczywiste błędy w koordynacji i ‘gdy coś nie było w porządku’, mówił: - ‘Nie, nie tak. Szukaj jeszcze, ale w innym kierunku’.  Czasami zdawałam sobie sprawę, że wchodził z kimś w ścisły związek, widziałam jak porusza się po obrzeżach sali, czułam jego uważny wzrok, a potem gest, fizyczną sekwencję, pozycję, dźwięk - wszystko czynione z kimś i dla kogoś.
    W moich notatkach z dn. 17.XII.’93 znajduję następującą N. B.: Jedną z najciekawszych rzeczy w całym kursie jest zachowanie Molika podczas improwizacji. Krąży prawie niedostrzegalnie wokół kogoś kto pracuje. Obserwuje, słucha. I kiedy dostrzega, że coś ‘zaczyna się rodzić’ - uczestniczy w tym akcie całym swym ciałem, reagując i ofiarowując swoją całkowitą fizyczną obecność. Przy nim wydaje się niemal, że nie istnieje błąd niepotrzebny, wszystko co się robi - jest ważne. Często widziałam, że przybierał pozycję podobną do pozycji osoby improwizującej. Zadawałam sobie pytanie; czy czyni to, aby zrozumieć jakie napięcia wchodzą w grę przy pewnych pozycjach, czy też aby dostarczyć lustra (dostrzegalnego w sposób nie do końca uświadomiony i racjonalny) temu, którego działanie go poruszyło.
Tu chciałabym przytoczyć własne doświadczenie, które miało miejsce trzeciego dnia warsztatów. Molik wszedł do sali, gdy niektórzy z nas już się pojedynczo rozgrzewali. W ciszy założył swoje grube, czerwone skarpety i nakazał nam kontynuować rozgrzewkę. Ta zaś stopniowo przeistaczała się w prawdziwą improwizację opartą o „alfabet” ciała i gestów, którego nauczyliśmy się w poprzednich dniach. Po pewnym czasie, którego nie umiałabym określić, Molik dał sygnał do rozpoczęcia improwizacji wokalnej ( może powinnam użyć terminu: dźwiękowej?). Także to ćwiczenie trwało przez czas nieokreślony, a nawet ośmieliłabym sie rzec - nieskończony. Prywatnie, doświadczyłam uczucia wysiłku i wyczerpania do tego stopnia, że poczułam się tak wycieńczona, jak mi się to już od dawna nie zdarzyło. Mimo to, krok po kroku, owładnęło mną poczucie mocy. Głos wychodzący z mojego ciała wydawał mi się nieznany i niemal potężny. Nie była to siła indywidualna, osobista - lecz zbiorowa, będąca w ścisłym związku z grupą osób, które mnie otaczały.  Miałam niewiarygodne wrażenie (bardziej fizyczne niż duchowe czy uczuciowe), że jestem podtrzymywana przez głosy moich kolegów - które nie pozwoliły mi upaść; byłam członkiem tej ‘wspólnoty dźwiękowej’, podążającej nie wiadomo ku czemu.
    I oto Molik jest przy mnie. Śpiewa. Nie przerywając mojej improwizacji zastanawianiem się, czy chce abym go naśladowała, abym w jakiś sposób podążała za nim. Przez chwilę czuję, że mój głos waha się, a uczucie mocy zanika. Lecz wezwanie grupy jest zbyt natarczywe, nie mam wyjścia, muszę poddać się temu niekontrolowanemu strumieniowi dźwięku. Molik pozostaje przy mnie przez parę minut i widzę, jak jego ruchy wspierają moje - w pewnym sensie rozbudowują je i w konsekwencji - stymulują, ukazując mi inne możliwości. Przestałam sobie zadawać pytania, śpiewam i już. Śpiewam i wiem, że nie śpiewam tylko dla siebie.
    Gestem dyskretnym i delikatnym, lecz także stanowczym i nie podlegającym dyskusji, Molik wezwał nas do zaprzestania improwizacji i w tym samym momencie zapanowała na sali cisza absolutna. Wówczas ja, równie cicho, zapłakałam. Nieruchome i nieme oczekiwanie przerwał sam Molik: To było prawdziwe poszukiwanie - powiedział - Czasami się to zdarza. Przerwa, herbata jest już pewnie gotowa na dole.
Po przerwie Molik zawiesił zajęcia w tym dniu. I teraz wiem, że miał rację. „To Coś”, jak nazywał to Grotowski - stało się i nie mogło się powtórzyć jeszcze raz w tym samym dniu.
Nie pozostało mi nic innego, jak tylko przemyśleć to zdarzenie. Oraz zdanie, które Molik często wypowiadał poprzedniego dnia: „Tu się nie szuka poprzez uczucia, lecz poprzez zmysły”.
    W następnych dniach miały miejsce inne chwile, w których zaistniało między nami to, co ja uwielbiam nazywać Cudem, lecz są to doświadczenia, których nie da się opowiedzieć, pomijając doznania i emocje, jakkolwiek by one nie były silne i gwałtowne.  Nie mogę wyrazić piórem brzmienia , wibracji zdławionego głosu C., która kontynuuje improwizację wśród potoków łez, zwilżających jej twarz. (dla zachowania dyskrecji, nie używam imion moich kolegów i koleżanek). Mogę jednak opisać jej ciało, któremu udaje się wreszcie odkryć ruch, pozycję w której brak: nierównowagi bocznej, sztywności kończyn dolnych; nieruchomość i oddalenie ciemnych oczu dają życie innej C. „kobiecie-marionetce”, wzruszającej i nieznanej. Nieznanej zarówno sobie jak i innym.
Molik przemawia do niej szorstko: „Otwórz oczy, wypręż ciało i maszeruj prosto. Brakuje ci czegoś zasadniczego, szukaj tego. Czuję, że próbujesz, więc wysil się i naprawdę to znajdź, żeby wypełnić tę pustkę, którą w sobie nosisz”.
Do kolegi, który na nią czekał w wyznaczonym miejscu, Molik mówił: „Ty jesteś jak ptak na gałęzi. Ptak, który patrzy, patrzy i czuje się gotowy, lecz widzi, że będzie musiał jeszcze poczekać, bo ‘ten moment’ jeszcze nie nadszedł”.
Natomiast do dziewczyny, która wyglądała jakby chciała zrezygnować, rzucił: „nie, nie możesz się cofnąć. Odczekaj, ale nie wycofuj się z gry. Teraz to już nie jest możliwe”. Łez K. było coraz więcej, i co dziwne, jej głos stawał się odpowiednio - coraz bardziej bolesny, lecz i coraz potężniejszy aż do chwili, gdy nagłe i oswobadzające łkanie - nie zdusiło dźwięku w jej gardle. Teraz już nie mogła się zatrzymać i zmierzała, nie ociągając się ku A. kierując się tym dźwiękiem, który wibrował w każdej części jej ciała, wychylonego do przodu mechanicznym i uroczystym krokiem.
Nigdy wcześniej nie zrozumiałam tak dosłownie, co oznacza ‘zapewnić im dyskrecję, która musi przetrwać, póki to co widzisz nie stanie się spektaklem’ - chociaż przeżytym.
Molik często mówił o stosunku do drugiego człowieka, pozostającego „na zewnątrz siebie”; kładąc nacisk na potrzebę zrozumienia, że to co czynimy, czynimy „ja i ty” i „hic et nunc” (tu i teraz - E. M.).  „Nie poszukujemy głosu jako odrębnego i autonomicznego środka ekspresji; interesuje nas dźwięk i harmonia, które rodzą się z wibracji ciała. Nie możecie ‘grać’, jeśli nie odniesiecie się do kogoś. Nawiązanie kontaktu z drugim człowiekiem - jest sensem życia”.
    
     Szóstego dnia wypiliśmy wspólnie ostatnią filiżankę herbaty, uczestniczyliśmy w ostatnich improwizacjach, a potem Molik podziękował nam za wykonaną pracę. Zdjął swoje grube, czerwone skarpety, doprowadził do ładu zieloną koszulę, podobną do tej z pierwszego dnia (czyż nie mówi się, że zielony to kolor nadziei?) i pożegnał się z nami. Na koniec zszedł po schodach... i powrócił - tak jak i my - na ulice Wrocławia. Nadal zanurzone w przedświątecznej atmosferze.
I tylko psa, skulonego w kącie pod schodami - już nie było.
Milano, 15 Gennaio 1994, Angela Ottone.

(Ewa Molik, II. 2012.  Układ tekstu, podkreślenia i uwypuklenia - własne).

poniedziałek, 20 lutego 2012

Mróz z Brzezince

Stanisław Jeziorski, Brzezinka około 1972
Stanisław Jeziorki, Brzezinka (ok.72). Fot. A Pluchiewicz
W blogu pisanym przez  bee  zobaczyłam niedawno zdjęcie skutej lodem Odry. Siedząc w przytulnym mieszkanku i tylko patrząc przez okna na gołe drzewa, na języki śniegu na pobliskich trawnikach, prawie nie kojarzę, że to sroga zima wokół. Tak się zapamiętuję w tej pracy, w tym iście babskim niepokoju; z czymś, gdzieś... nie zdążę? A zimy i we Wrocławiu i jego okolicach potrafią dać się we znaki, mimo że magnolie to u nas zakwitają pewnie najwcześniej w kraju. I seledynowe skulone listki też mamy pierwsi. Wszystko to zobaczę w oknach gdy już przyjdzie czas.

Mróz dawał się we znaki także w Brzezince; kilku zagrodowej wiosce na uboczu, 46 km od Wrocławia (w stronę Oleśnicy). W listopadzie 1971 Instytut Aktora Teatr Laboratorium zakupił tam, od miejscowych rolników, zrujnowane przedwojenne zabudowania otoczone 10 hektarami lasu. Były tam też, są nadal, drewniany młyn, rzeczka i malowniczy staw.
Odosobnione miejsce, bez bieżącej wody i elektryczności miało służyć nowym, przekraczającym ramy teatru wyzwaniom. Prowadzono tam projekt Teatr Źródeł i inne przedsięwzięcia parateatralne, do momentu ogłoszenia stanu wojennego.

Później obiekt nadal niszczał, pieniędzy na porządną adaptację przez lata brakowało. W 1990 obiekt przejął Ośrodek Grotowskiego lecz, dopiero w 2001 podjęto pilną renowację dachu. Kolejny rok to doprowadzanie unikatowego obiektu do stanu używalności. Obecnie jest tam niewielka część hotelowa, niezbędne zaplecze kuchenno-jadalne oraz wspaniała sala do ćwiczeń i prezentacji spektakli - z dużym kominkiem. Akustyka i klimat do pracy nie-pow-ta-rzalne.
Jak wyglądała Brzezinka w '90 gdy powstał Ośrodek? Z jej ówczesnym stanem można zapoznać się na podstawie fotograficznej dokumentacji jej stanu, dokonanego przez - Bruno Chojaka http://www.grotowski.net/mediateka/ikonografia/n0035b 
Także tam zarejestrowano Głos i Ciało, w '06 (19-23.04). Dwie krótkie części;  http://www.grotowski.net/mediateka/wideo/glos-i-cialo-staz-zygmunta-molika-brzezinka-2006-fragm-1 

Zygmunt Molik w pracy parateatralnej długo, jak twierdził; znaleźć się nie mógł. Nie opuścił jednak Grupy. Zajął się tym co dziś dzierży dumne miano - logistyką. Załatwiał zatem niezbędne sprawy administracyjne, aprowizacyjne i wszystkie inne niezbędne, by, jak określał, "każdy mógł czuć się zabezpieczony". Oczywiście na tyle, na ile było to możliwe w tych zgrzebnych warunkach i czasach. Opowiadał mnie, opowiadał innym; zdobywszy na potrzeby Brzezinki kilka kartonów jaj, przywiózł je na przechowanie do domu. Wielce dumny z siebie umieścił je... w zamrażarce!

Zajęcia w terenie trwały tygodniami, prowadzący czasem tylko na weekend mógł wrócić do domu. Tak więc całe życie toczyło się w borach-lasach, a miejscami w których najczęściej dbano o higienę były okoliczny młyn i staw.

 Tak, mniej więcej, wyglądała kąpiel w mroźnej Brzezince.
To zdjęcie jest jednym z trzech z cyklu, wykonał je (jak sądzę, choć mam je w domowym archiwum) Andrzej Paluchiewicz 

W wykonaniu Andrzeja powstało wiele pięknych zimowych zdjęć, także inne, np. Zygmunta prężącego imponujące wówczas muskuły czy biegającego półnago po okolicznych zaśnieżonych polach choć zima, jak widać, bywała w Brzezince całkiem nie na żarty.

Wystawa zdjęć A. Paluchiewicza z tego okresu odbyła się w 2009 w ramach "WRO ART" 
http://www.wrocenter.pl/strony-wystaw/moj-grotowski/- zdjęcia (zakładka) można otworzyć, by na drugim z kolei zobaczyć... mnie wraz z synem, tyłem. Oboje przyodzianych, ja w jeansy, i z dużą czarną torbą.

P.S. W moim archiwum istnieją 3 różne zdjęcia Z.M. kąpiącego się w Brzezince. Jedno z nich miało stanowić okładkę książki "Zygmunt Molik's Voice and Body Work". Takie było zamierzenie autorów: Zygmunta Molika i Giuliano Campo. Nie znam przyczyn, dla których Wydawnictwo finalnie odstąpiło od publikacji jednego z wymienionych zdjęć na rzecz innego, z zupełnie innej "bajki'. Zdjęcie "kąpiącego się" zaświadcza o harcie ducha i ciała aktorów "Laboratorium", o ich gotowości i możliwości pracy w każdych, nawet ekstremalnych warunkach.  Wydawcy wydało się jednak, lub jedynie, zbyt śmiałe, zbyt kontrowersyjne (?)  Mam nadzieję, że publikując powyższe zdjęcie nie urażam niczyich uczuć estetycznych... ani żadnych innych uczuć.  
Nie chcę niczego sugerować, ale może, jeśli już, jeśli już ten wpis czytać to czytać go... po 22.00?

piątek, 17 lutego 2012

Uczyć się u Zygmunta Molika

Wcześniej (12.01.2012) opublikowałam też post - Powody korzystania z Metody.
Do powodów dla jakich zwykli-niezwykli zjadacze chleba starali się o udział w szkoleniu metodami pracy aktorów Jerzego Grotowskiego, a konkretnie tu 'metodą' współzałożyciela Laboratorium, jego wybitnego aktora - Zygmunta Molika będę wracała wielokrotnie. Bez tego moje opowieści o Zygmuncie nie miałyby większego sensu.

Wielu, z tych starających się, ponawiało starania uporczywie dopóty, dopóki i dla nich nie znalazło się miejsce. Wielu później miało sposobność uczestniczyć w stażach wielokrotnie. We Wrocławiu i wielu innych miejscach w Polsce, Europie czy na świecie. Wielu pokonywało kilometry dzielące ich od miejsca stażu z determinacją, narażając się na wszelkie niewygody. Chcieli się uczyć u Molika bo słyszeli o spektakularnych efektach nauki, czasem wcześniej naczytali się już dostępnych materiałów teoretycznych - tym bardziej ciekawi byli praktyki. Inni chcieli zobaczyć na własne oczy legendarną Salę lub poznać człowieka, który pracował z Grotem. Nie brakowało tych, którzy pisząc dysertacje naukowe zbierali materiały poznawcze; udział w stażu był więc niebywałą okazją do przeżycia doświadczalnie własnych tez. Wielu było nauczycieli akademickich; uczących w dziedzinach pracy z głosem, ciałem, z fizycznym ruchem. Nie brakowało tych, którzy 'leczą dusze'; psychologów, psychiatrów, terapeutów, także muzykologów. Byli też trenerzy i konsultanci biznesu. Byli tancerze wszelkich technik, byli mimowie.

Wiele z osób, które zetknęły się z treningiem "Voice and Body" miało już spory dorobek życiowy, nawet mimo bardzo młodego wieku. Inni dopiero startowali w życie, nawet gdy tego życia przebyli już szmat niemały. Szukali swego miejsca, dziedziny w której będą mogli zaznaczyć swój ślad na ziemi. Imponująca jest liczba osób, dla których udział w stażu był trampoliną do sukcesu zawodowego i rozwoju osobistego. Opowiem dziś o kilku z nich.

W ostatnim czasie uwagę poświęciłam stażom, które odbyły się we Wrocławiu w 2005. Był to rok niezwykły - bo było ich pięć. W całej wcześniejszej (czterdziesto-kilkuletniej) praktyce Zygmunt znajdował czas - jedynie na jeden staż rocznie - we wrocławskiej siedzibie Teatru, kilkukrotnie odbył szkolenie dwukrotnie. w 2005 r. zaoferował, jak wspomniałam, aż pięć sposobności uczenia się w legendarnej Sali Laboratorium.

Był to rok, w którym cieszyliśmy się nowym miejscem na ziemi, zielonym i spokojnym. Zdrowie dopisywało, świat wręcz uśmiechał się, a wszystko co najlepsze zdawało się nie mieć końca. Praca nie wyczerpywała sił, po kilku dniach odpoczynku można było ruszać do nowej. Tak więc w 2005, we Wrocławiu warsztaty odbyły się w 5 terminach:

  -  19 - 23 marca
  -  3 - 8 maja
  -  7 - 12 czerwca
  -  6 - 11 października
  -  8 - 12 listopada

To o tym ostatnim - listopadowym stażu, a konkretnie o kilku osobach, które wzięły w nim udział dziś opowiem. Wybrałam (z 15-ga ) kilkoro z tych, które z aktorstwem nie wiele miało wspólnego. To dlatego, żeby po raz kolejny podkreślić, ta metoda wcale nie jest przeznaczona wyłącznie dla aktorów, jak to, zbyt często, można usłyszeć.

Agnieszka Kazimierska, 21 letnia (wówczas) studentka Wydz. Nauk Społecznych i Psychologii Uniwersytety Gdańskiego. Dotychczas szkoliła się jako tancerka w tańcu afrykańskim u Afry Crudo, w bhuto u A. Takenouchi czy na stażach bębniarsko-tanecznych (A. Haracz i S. Rodriguez). Uczestniczyła także w zajęciach teatralnych i głosowych (M. Kowalski, G. Hort, A. Nacher, B. Prądzyńska). Pojechała nawet do Las Teouleres do 'Kaśki" Seyferth. Jako powód starań o przyjęcie na staż Z. Molka napisała: uwielbiam to! Poza tym interesuje mnie rozwój, pogłębianie wiedzy, samoświadomości i alternatywnych dróg. O swoich doświadczeniach i motywacjach napisała calutką, bitą stronę, nie sposób wszystkiego przytoczyć. 
Obecnie http://www.theworkcenter.org/pdftwo-teams/workcenter-members. to tu można ją znaleźć, w wykazie praktykujących w Workcenter of Jerzy Grotowski czy w Stanford - występuje w "I Am America". Na zdjęciu wraz ze znanym już Państwu, A. T. Rodriguez'em (opisał staż z marca 2007 - 8, 13 i 20.12.2011).  http://news.stanford.edu/pr/2011/pr-grotowski-ginsberg-performance-041311.html 


Halina Rozensztrauch, 22 letnia studentka 2 kierunków: psychologii i arteterapi Uniwersytetu Wrocławskiego. Brała udział w studenckich spektaklach i happeningach. Działała w AOT "Salto", brała udział w warsztatach aktorów Teatru Pantomimy (Kozłowski, Niedziałkowski). Poza tym, że interesował ją ruch i taniec zajmowała się choreoterapią i jogą. "Moja duchowa droga prowadzi więc przez ciało, jego doświadczanie, otwieranie przekraczanie - w każdy znany mi sposób". Dziś prowadzi "Pracownię Rozwoju Osobistego" we Wrocławiu i pracuje jako lekarz-psycholog w Chorleywood (UK) - prowadzi tam warsztaty rozwoju osobistego oraz warsztaty terapii przez sztukę - w ramach Akademii Kobiety.

Józef Markocki, absolwent PWST we Wrocławiu i PSMuz. II st. Teatr Formy (Pantomima) we Wrocławiu, jego dyrektor artystyczny, założyciel, reżyser, aktor i dramaturg. Prowadzi staże pantomimiczne w kraju i za granicą  http://www.pantomima.pl/glowna.html

Tomas Liszkai,  29 lat, z Szegedu. Absolwent teologii liturgii Katolickiej Akademii Teologicznej w Bukarest. Prowadzi staże - bazując na antropologii Grotowskiego - z liturgicznej antropologii i paraliturgiczne badania.
Pojawił się we Wrocławiu chcąc poznać trening 'twórczego czynnika' Teatru Laboratorium - Zygmunta Molika. Poznaną metodę pracy miał nadzieję przeszczepić, by praktykować ją z grupą na Węgrzech. Wszystko wskazuje na to, że z powodzeniem  http://www.parastudio.hu/en/node/11 

Czy wszystkie te historie są na tyle ciekawe, że warto je publikować i poznawać?  

czwartek, 9 lutego 2012

Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy

Odbierając na gali  redakcji "Wprost" tytuł Człowieka Roku, Donald Tusk zacytował Klasyka - Marka Grechutę. W tle słychać było nowocześnie przetworzoną, znaną wszystkim melodię, do znanego - zdawałoby się o pozytywnym wydźwięku - tekstu.  Tekstu, okazuje się, ulubionego przez Premiera.

Nie odnoszę się w moich blogowych wpisach do polityki, bo i po co. Opisuję wszak, pozornie (?) planetę odległą. Tylko... może tym razem ma to sens?
Wiadomo przecież, że od polityki nie uciekniesz. To co wymyślono 'na górze', chcemy czy nie, zdeterminuje z czasem nasze poczynania. Głównie te, których jeszcze nie znamy.

Mamy się podobno świetnie, szczególnie na tle. Na tle tych, którzy nie maja 16% wzrostu. Nie wykluczone, że czegoś nie zrozumiałam. Daj Boże jest tak jak mówi Premier, tylko ja nie zrozumiałam (jako blondynka, o lekko przyprószonej czasem percepcji). Myślę o tych procentach bez 'czepiania się'; nie wiem tylko jak i w odniesieniu do czego procenty nam rosną. O tle wolę nie myśleć; "bo gdyby tak tło zmienić" - jak skonstatowano niegdyś 'w reżimowym kabarecie', u Pietrzaka bodaj - pewnie nie wyglądalibyśmy lepiej.

Mamy prawie niebawem, być stolicą Europejskiej Kultury.  W 2016! Chwila, moment - z mojej perspektywy. A przecie nie tylko z czasowej perspektywy rzeczywistość i przyszłość, ewidentnie 'skrzeczą'.
Nie to żebym Premiera nie poważała, Rząd miała za nic. Lecz gdy patrzę choćby na swoje niewielkie podwórko...

Zasłużony, bez dyskusji, Instytut im.J. Grotowskiego nie ma gdzie pracować. Ludzie, w tym ja, pracują 'po domach', w okolicznych knajpkach (gdzie internet dostępny). Licznych gości przyjmujemy w około-rynkowych lokalach. Dyrektorzy biegają 'jak poparzeni' ze spotkania na spotkanie, by sprostać codziennym zadaniom.  Czy naprawdę dlatego, że 'czasy ciężkie' i recesja wokół?
Naprawę nie wiem, czy dni których jeszcze nie znamy, mogą jawić się nam ekscytująco. Na miarę zasług, wkładu pracy czy oczywistych oczekiwań. Bo czyż nie jesteśmy jednym z łopoczących na krajowym firmamencie kulturalnym, sztandarów?

Tyle się mówi o Kulturze w naszym Mieście, na tle innych miast zdajemy się kwitnąć kulturalnie. Buduje się nowe budynki, remontuje stare, jest wysyp festiwali i innych fajerwerków. Jednak każda z instytucji kulturalnych boryka się z wielkimi problemami, ledwo wiążąc koniec z końcem. Znikają biblioteki, likwiduje się szkoły, pauperyzują się mieszczanie - preferując rozrywki 'do piwa i kotleta'.

"What do you read my lord, words, words, words, (Szekspir, Makbet akt 2, scena 2). Obawiam się, że to najlepszy komentarz do tego o czym czytamy, co słyszymy, co nas otacza i tego czego możemy spodziewać się po nadchodzących "dniach". Dokąd zmierzamy, dokąd zmierzasz Europo jednocząca się w Unii?


WPROST - Donald Tusk - Człowiek Roku 2011video

wprost.plNOWE15 godz. temu
Zdaję sobie z tego sprawę, że to jest minimum tego, co mogę dzisiaj zrobić i powiedzieć - to przekazać tę ...

Wybaczcie proszę niedogodności, nie ma tego jeszcze na You Toube. Jeśli Wam się wyświetli, to z reklamami i całą stroną. Mam jednak nadzieję, że meritum pozostanie. Pozdrawiam.

środa, 1 lutego 2012

"Zmartwychwstał" - praca wciąż czekała.


Jerzy Grotowski
- Ponad Czasem.
Obchody Roku Grotowskiego (2009) w Podkowie Leśnej.

"Król kier znów na wylocie"
na motywach Anny Krall.

Studium Teatralne
w Warszawie.
Gianna Benvenuto,
Martina Rampulla,
Waldemar Chachólski

W 2000 r. - Zygmunt Molik dostał od losu nową szansę. Po 5-tygodniowej, farmakologicznej comie, w którą wprowadził go zespół wspaniałych lekarzy z Hegau-Bodensee-Klinikum Singen - "zmartwychwstał". Nie inaczej - taka była powszechna opinia. Po niedługiej rekonwalescencji, gdy zebrał siły...ruszył do pracy. Swym doświadczeniem mógł więc służyć, nadal, licznym studentom na dziesiątkach jeszcze staży, nim odszedł.

W pierwszym, po cudownym ocaleniu, stażu, który odbył się we Wrocławiu w kwietniu 2000 wziął udział  Waldemar Chachólski, który te zajęcia rzetelnie opisał. Sądzę, opis jest na tyle sugestywny, że łatwo wyciągnąć wnioski jak wówczas pod ręką Mistrza pracowano. Nie istniała jeszcze wtedy Książka - napisana wraz z Giuliano Campo: "Zygmunt Molik's Voice and Body Work", nie było też nagranego przez Jorge Parente "Alfabetu", który umieszczony na DVD jest załącznikiem do Książki.
Wiele osób robiło zatem na stażach notatki; niektóre z nich upubliczniono.
Waldemar Chachólski  pozostawił we Wrocławiu rękopis, tego, co jak sam określił "spisał".